Dziś troche zaangażowanej publicystyki. Prosto z trzewi. Wrócę do Armstronga i zahaczę o uproszczenia medialne i postawię stempel wstydu na głównym bohaterze tego paszkwilu.
Bezpośrednim bodźcem i czerwoną płachtą jest opublikowany w poniedziałek w Gazecie Wyborczej wywiad z Tylerem Hamiltonem. Załatwmy najpierw Lance’a. W całej tej aferze, w której Armstrong jest, biorąc na bok wyniki i wynikające nich: splendor, sławę itp, po prostu jeszcze jednym z doperów, którzy stanowili większość peletonu, najbardziej zdumiewa mnie fakt, że sądził on, że tak zakrojona skala procederu nie wyjdzie na jaw. Nie wiem, czy to bardziej naiwność, czy pycha, ale sądzić należy, że przy tej całej machinie kontrolnej, przy tej ilości ludzi zaangażowanych, zdumiewające jest „pominikowanie się”, budowanie wokół swojej osoby niemal mitycznego image’u od człowieka stojącego nad własnym grobem do niemal boskiej doskonałości i wiara w to, że przy tym statusie nie znajdzie się w końcu ktoś, kto da radę skruszyć cokół.
Ale to Tyler Hamilton obrzydza mnie najbardziej. Za rozszarpywanie klawiaturką bielutkich zębów padliny Armstronga dla własnego interesu. Abyśmy pożałowali chłopca, który miał marzenia, ale zła machina i ten z Teksasu rozpostarli szary parasol pod którym trzeba było się skryć. Za ogólną postawę, za spójność wypowiedzi, za mydlenie oczu.
To się zaczyna już od okładki oryginalnej wersji „The Secret Race”. Oczywiście Lance, główny antybohater, przyczyna zła, a przy okazji pewnie gwarancja lepszej sprzedaży goni naszego aniołka. Bardzo sugestywne
Może ktoś się w tam w końcu zorientował, że może to zbyt prymitywne i jednostronne podejście, bo jakoś w innych wersjach językowych okładki skupiają się na bohaterze właściwym, czyli czcigodnym współautorze.
Według tego, co można wyczytać z poniedziałkowego wywiadu, promującego polskie wydanie (znów wracamy do formuły Armstronga na okładce ) wywnioskować można nastepującą chronologię:
1. Przychodzi agent do Hamiltona, Hamilton nie chce mówić.
2. Przychodzi agent drugi raz do Hamiltona i przedstawia miłą perspektywę współdzielenia paru metrów kwadratowych z 140kg gwałcicielem dziewczynek i Hamilton decyduje się mówić.
3. „Halo Coyle?” – słuchaj, zdecydowałem się zeznawać, może skrobniemy z tego książkę. W końcu po co ma to robić Landis czy Zabriskie. Da się Lance’a na okładkę i będzie bomba.
Tak więc widzimy wewnętrzną szlachetną przemianę bohatera jak to się mawia na języku polskim.
A potem oczywiście 580 okresleń związanych ze wstydem, rozpaczą, koniecznością stawienia czoła bliskim, kłamstwie, wstydzie, rozpaczą, zawodem, omertą, jeszcze razem wstyd, pokora, kłamstwo, wstyd. Jay Leno, Jimmy Fallon, talk show w każdym kraju gdzie wychodzi książka, a za każdym razem to coraz bardziej oswojone, bardziej uśmiechnięte, celebryckie i gwiazdorskie.
W poniedziałkowym wywiadzie niektóre wypowiedzi obrażają wręcz nawet przeciętnych miłośników kolarstwa. Dlaczego Baker i Mercier nie brali. Bo mieli po 29 lat i byli u schyłku kariery. Śmiech. Hamilton „porucznikiem” Armstronga – no chyba, że to znaczy dość niska ranga, bo raptem 4 lata razem w grupie. Potem brał już na własny rachunek i to dość nieumiejętnie. „Chciałem wyjawić prawdę” - to była moja motywacja, radzę sobie finansowo mam centrum treningowe w Kolorado. Więc po co objeżdzać świat promując książkę, po co sprzedawać prawa do filmu. Ktoś powie, pewnie Hamilton jest uwiązany kontraktami z wydawcą. Pewnie tak i zarabia na tym kupę kasy. Choć gdyby nie chciał, nie musiałby, taka książka sprzedałaby się bez wielkiej promocji. I Armstronga na okładce. Na koniec ten moralizatorski ton, ta przewaga oczyszczonego, który sądzi, że ma teraz większe prawo krytykować sobie podobnych jak Riis, Vaughters.
Tfu, Chamilton, nie przeczytam tej książki i nie oglądnę filmu. Nie wspomnę cię już więcej
Kolarstwo-dla fanów dyscypliny/for English speaking readers bits & pieces on Polish cycling












